Cień na brezencie

Kurz unosił się nad leśną drogą jak mgła. Stary Jelcz zatrzymał się z piskiem hamulców – wyblakły, żółto-niebieski, jakby ktoś malował go za karę. Ze środka wysypały się dzieciaki z plecakami większymi od siebie. Harcerze, harcerki, cały ten cyrk. Krzyki, śmiech, harmider. Las pachniał sosną i żywicą, a gdzieś za krzakami słychać było plusk wody.

Był początek lipca a już było cholernie gorąco. Tata Kasi, porucznik, obruszyłby się na użycie takiego określenia. Sam był raptusem i cholerykiem, ale publiczna funkcja pełniona w MO sprawiała, że bardzo zwracał uwagę na to, „co ludzie powiedzą”.  Strofował ją za to, jak się wyraża i jak wygląda. Ale tutaj go nie było. 

Kasia zeskoczyła z ostatniego stopnia i rozejrzała się wokoło. Miała trzynaście lat, krótko obcięte włosy i beret z lilijką wciśnięty po uszy. Ubierała się jak chłopak – szelki do szortów, ciężkie buty nie tylko na zbiórki, ale i na co dzień. Do munduru, mimo niezadowolenia kadry, też nosiła spodnie. Szybko wypatrzyła znajome twarze: Asia z „Wron”, Basia z klasy, druhna Renata z gwizdkiem i siatką pełną podzwaniających butelek oranżady. Odetchnęła z ulgą. To jej piąty obóz, licząc z zuchowymi. Czuła się tu jak w domu. Zebrali się drużynami. Dwudziesta pierwsza, dwudziesta czwarta żeńska, dwudziesta piąta chłopięca, dwudziesta siódma… Do tego zuchy przypisane do każdego podobozu. Dzieciaki i nastolatki wysypywały się z kolejnych, podjeżdżających „ogórków”. Kaśka spokojnie ustawiła się w drugim rzędzie za znanymi twarzami.

Wtedy zauważyła ją – nieznaną dziewczynę stojącą z boku. Jasna bluza z krakowskimi lilijkami, za duży plecak, twarz schowana za włosami spuszczonymi na oczy. Nie odzywała się do nikogo, patrzyła w ziemię. Kiedy ktoś ją szturchnął, tylko skinęła głową. Kasia wzruszyła ramionami. Kolejna nowa. Na obozach zawsze są nowi. Zobaczymy, jak wytrzyma pierwszy tydzień.

Wkrótce wyruszyli, zanurzając się w lesie. Po kwadransie dotarli do miejsca, gdzie pionierka przygotowała podobozy. Opaleni, roześmiani chłopcy z „komandosów” szczerzyli się w uśmiechach, chociaż ją, córkę milicjanta, omijali spojrzeniami. Nie miała z tym problemu, zawsze miała wrażenie, że pionierka to głośna, zbyt pewna siebie hałastra.

Po szybkim, złożonym z suchego prowiantu obiedzie, druhna Renata ogłosiła nowe przydziały. Kasia była zaskoczona, trafiając razem z byłą zastępową do zupełnie nowej grupy. Podnosząc plecak usłyszała jeszcze z ust drużynowej:

– Magda Szymańska, z Elbląga.

One dwie, nowa i jeszcze trzy małe druhny, prosto z zuchów. Wzruszyła ramionami. Potem rozejrzała się, trochę z ciekawości, trochę z grzeczności. To ta w jasnym mundurze. Magda podeszła do niej powoli, jakby bała się na coś nadepnąć.

– Cześć – bąknęła pod nosem.

– Cześć, jestem Kasia. – wyciągnęła rękę. Dłoń nowej była chłodna i sucha. Uśmiechnęła się do Magdy nieznacznie, bardziej kurtuazyjnie. Była wściekła, że przeniesiono ją z poprzedniego zastępu i wsadzono w paczkę „nowych”.

– Ja… – Zaczęła tamta – masz fajne włosy. – Wypaliła z głupia frant i zaczęła gapić się w ziemię.

– Mój stary ma inne zdanie – odparła Kaśka z przekąsem. – Gdyby nie matka to w życiu bym się nie mogła tak ściąć.

Wieczorem, gdy zgasły już światła, w namiocie zrobiło się duszno. Brezent trzepotał na wietrze, obie leżały na drewnianej podłodze enesa w śpiworach.

– Byłaś kiedyś na obozie? – Rzuciła Kasia półgłosem. W ciemności słychać było oddechy młodszych. Zastępowa gdzieś zniknęła, ale to nie było nic nowego.

– Nie. Tylko na koloniach. W górach – chwilę trwało, nim padła odpowiedź.

– I jak było?

– W porządku. Ale tu… Lepiej pachnie. Ja… Lubię być nad wodą.

Kasia uśmiechnęła się w ciemności. Wpatrywała się w cień na brezencie ponad głową.

Nazajutrz, na pierwszym apelu, stały w szyku, ustawione w podkowę. Druhna Renata odczytała plan dnia: poranna gimnastyka, topografia, kuchnia polowa, sanitarka, czas wolny. Flaga poszła w górę, wszyscy salutowali, śpiewali. Magda stała trochę z tyłu, niepewna, dopiero uczyła się być częścią tej całej machiny.

Podczas musztry Magda się myliła. Za dużo kroków, zły zwrot. Zastępowa syknęła coś pod nosem. Kasia widziała, jak Magda zaciska usta i unika spojrzeń. Ona sama była w harcerstwie od zawsze, ale wiedziała, że potrzeba czasu, żeby się ogarnąć w nowym środowisku. W przerwie złapała nową za rękę i szepnęła: „Całkiem nieźle, jak na pierwszy raz”. Tamta tylko spuściła wzrok.

Po obiedzie całą drużyną poszły nad jezioro. Druhna pozwoliła się wykąpać, ale ostrzegła:

– Tylko do palików, w wyznaczonym miejscu i żadnych skoków z pomostu!

Dziewczyny przebierały się w namiocie wśród chichotów. Młodsze zerkały z fascynacją na te starsze.

– Zaraz przyjdę – powiedziała cicho Magda, ociągając się widocznie ze zdjęciem munduru.

Kaśka z zastępową zaprowadziły resztę na plażę i po chwili rozłożyły ręczniki na piasku, śmiały się, wbiegały do jeziora i chlapały wodą. Magda pojawiła się znienacka, stała na brzegu w granatowym, jednoczęściowym kostiumie. Wyglądał trochę jak szkolny strój gimnastyczny. Dopiero wtedy Kasia skonstatowała ze zdziwieniem, że wszystkie inne dziewczyny nosiły już bikini. Magda odwróciła się bokiem, żeby ściągnąć szorty. Kiedy weszła do wody, trzymała ręce blisko ciała.

Wieczorem przy kolacji Magda mało jadła. Bawiła się skórką od chleba, rozgrzebywała konserwę widelcem z ledwo ukrywanym obrzydzeniem. Kasia siedziała naprzeciw niej.

– Nie jesteś głodna?

– Jestem. Tylko nie lubię mielonki.

Kasia wyjęła kajzerkę, którą zakosiła z kuchni.

– Chcesz?

– Dzięki. – Po raz pierwszy uśmiech Magdy objawił się w pełnej krasie. Jakby pozwoliła sobie na niego dopiero teraz.

Wieczorem w umywalni nowa długo się ociągała. Tak długo, że pod prysznicami została sama. Nie zdążyła się nawet rozebrać. Kaśka w pierwszej chwili nie zwróciła na to uwagi. Może po prostu krępuje się rozbierać przy obcych, pomyślała.

Tego wieczoru leżały już na zbitej z drewna pryczy. Długie żerdzie stanowiące leże zostały przykryte materacami, ale nadal wpijały się w bok tam, gdzie wystawały sęki. W namiocie toczyły się ciche, podekscytowane rozmowy szeptem. Kasia i Magda spały na górnym piętrze pryczy, trzy młode druhny – na dolnym. Zastępowa miała nocować na amerykance ustawionej przy wejściu, ale zniknęła zaraz po wieczornym apelu. Podobno jej chłopak rozbił się na kempingu po drugiej stronie jeziora.

Zanim wszystkie światła zgasły, Magda powiedziała cicho:

– Nie miałam z kim jechać. Moja najlepsza koleżanka nie dostała zgody od rodziców.

– A twoi?

– Mama się bała, że się nie odnajdę. Ale powiedziałam, że bardzo chcę. Że dam radę. Poza tym…

Kasia milczała przez chwilę.

– Tak?

– Pedagog szkolna powiedziała, że to mi dobre zrobi. – Słychać było, że ta wzmianka przeszła jej przez gardło z największym trudem. Głos miała na krawędzi załamania.

– I dobrze zrobiłaś, że pojechałaś.

Magda odwróciła się na bok. Kasia też. W ciemnościach widziały tylko poblask światła odbity w swoich oczach. Płomień wartowniczego ogniska rzucał przez szparę w brezencie delikatne, rozedrgane światło na ścianę namiotu. Z lasu dochodziły nocne odgłosy: świerszcze, pohukiwanie sowy, trzask dogasającego ogniska. Gdzieś pod szczytem brezentowej plandeki zapalił się świetlik.

W tej ciszy coś się pojawiło między śpiworami – nie słowo, nie myśl, ale obecność. Jakby świat pozwolił sobie na chwilę oddechu. I Kasia poczuła, że może nie będzie to taki zwykły obóz.

Poranek pachniał mokrym mchem i wilgotnym popiołem. Kasia przeciągnęła się w śpiworze. Kiedy podniosła głowę, zobaczyła, że Magda już nie śpi. Siedziała na pryczy i czytała coś w zeszycie, oparta o słupek na środku namiotu. Włosy miała związane w nieco niechlujny warkocz.

– Od dawna nie śpisz?

– Jakoś wcześnie się obudziłam. – Wzruszyła ramionami. Zamknęła zeszyt.

– Co czytasz?

– Nic takiego – odpowiedź była na tyle niechętna i wymijająca, że Kasia postanowiła nie drążyć.

Dzień zaczął się jak zwykle: gimnastyka, śniadanie, potem zajęcia w lesie. Drużynowa rozdzieliła zadania – dziś miały zbudować szałas, który przetrwa deszcz i wiatr. Kasia trafiła do jednej grupy z Magdą.

Kasia dowodziła, bo znała teren. Zastępowa wyprowadziła je w las i zniknęła. Magda pomagała milcząco i sprawnie, na tyle, na ile umiała. Młodsze dziewczynki, wyszkolone w zuchach, starały się jak mogły. Kiedy Kasia wpadła po kolana w bagno na krawędzi wody, to Magda wyciągnęła ją z uśmiechem.

– Szczęście, że nie było żab.

– Gdyby były, to ty byś musiała je ratować.

– Mam miękkie serce, ale nie aż tak. Poza tym… – dziewczyna zawiesiła głos.

– No co – roześmiała się Kasia – nie chciałabyś księcia z bajki?

– Chyba… – Tamta wahała się dłużej niż wymagałaby tego kokieteria lub żart. – Chyba wolałabym jednak uratować ciebie, niż zdobyć ropuszego księcia – wybrnęła zgrabnie, choć nie bez skrępowania. Na chwilę zapadła cisza.

– A poza tym… Nie mam nic złego na myśli… Ale ty… Wiesz, z tymi włosami, i w ogóle… Ty wyglądasz jak książę…

Roześmiały się razem. Pierwszy raz naprawdę razem, dzieląc ten żart tylko z sobą nawzajem.

Po południu spadł krótki, ciepły deszcz. Młodsze dziewczynki schowały się pod plandekami przytarganymi z obozu. Kasia i Magda siedziały w przeciekającym szałasie, oparte plecami o siebie. Magda pisała w zeszycie, który nosiła ukryty pod bluzą mundurową.

– Pokażesz mi kiedyś, co tam masz?

– Może. Jak uznam, że warto.

– A jak ja uznam, że już teraz warto?

– To i tak nie wystarczy. To… to jest mój zeszyt i ja tu ustalam zasady. Kasia wzruszyła ramionami.

Po południu rozpogodziło się, więc wieczorna kąpiel w jeziorze odbyła się bez przeszkód. Kasia skoczyła z pomostu na główkę, chociaż było to zabronione. Druhna Renata ukarała ją za to zakazem wchodzenia do wody, więc dziewczyna siedziała na pociemniałych ze starości deskach pomostu i moczyła stopy w wodzie. Magda tymczasem weszła do jeziora powoli, znów w tym samym granatowym, jednoczęściowym kostiumie. Znów, jak poprzedniego wieczora, nie rozbierała się przy innych, nawet nie zdjęła koszulki, czekając aż wszystkie dziewczyny wysypią się z namiotu. Kasia nic nie powiedziała, ale zapamiętała tę nietypową nieśmiałość. Jasne, ona sama nie rwała się do rozbierania przy innych, ale w polowych warunkach czasem trudno było zrobić inaczej.

Podczas pierwszej nocnej warty w ich zastępie, Kasia i Magda dostały wspólny przydział. O dwudziestej trzeciej dziewczyny siedziały na pieńkach obok ogniska. Dostały wartę poza obozem, przy kuchni, prawie na drugim końcu zgrupowania. Ogień tlił się niemrawo, bo drewno było wilgotne. Co jakiś czas obchodziły cały obiekt z latarkami.

– Myślisz, że jakbyśmy stąd uciekły, ktoś by zauważył? – Spytała Magda znienacka, kiedy znów usiadły przy ognisku.

– Po godzinie byłoby po nas, umarł w butach. Ale mogłybyśmy dojść w tym czasie do sklepu i kupić oranżadę.

– To już coś. Ale chyba nie o tej porze nocy, prawda?

– No nie. Ale mogłybyśmy iść do lasu, jeśli się nie boisz – Kaśka mrugnęła łobuzersko. – Tylko dlaczego chciałabyś uciekać?

Magda zastanawiała się dłuższą chwilę. W pełgającym świetle ogniska jej twarz wyglądała, jakby Magda toczyła ze sobą jakąś walkę.

– Chyba nie chcę o tym mówić.

Kaśka uśmiechnęła się, po chwili jednak spochmurniała.

– Czemu jesteś taka ostrożna? – Spytała cicho.

– Bo kiedyś zrobiłam coś głupiego.

– Co takiego?

– Zaufałam komuś. Potem długo nie chciałam z nikim rozmawiać. Zostawiłam to za sobą. Ale jak sobie o tym przypominam, to boli.

– I nie chcesz, żeby znowu bolało?

Magda tylko kiwnęła głową.

Po warcie, przez uśpiony nocny las wracały do namiotu. Drzewa szumiały, było bardzo ciemno, księżyc był w nowiu. Przemykały szybko drogą między podobozami. Magda w pewnej chwili chwyciła Kaśkę mocno za rękę. Ta odwzajemniła uścisk, puściła dopiero, kiedy wchodziły na teren podobozu.

Ściągały mundury w ciemnościach.

Zanim Kaśka ściągnęła wysoko sznurowane traperki, Magda była już w swoim śpiworze na pryczy. Kasia położyła się ostrożnie obok, wsłuchując się w oddech tamtej. Nagle tamta poruszyła się i położyła jej głowę na ramieniu. Nie powiedziała nic. Po prostu została tak, jakby to było całkiem naturalne. Kasia leżała nieruchomo, czując ciepło czoła Magdy na swojej skórze. Serce biło jej szybciej.

– Ej, dziewczyny się przytulają – głos Krysi obudził je rano. Młodsza druhna stała na palcach i ciekawie zaglądała na pryczę, na której spały starsze koleżanki. Magda zamrugała oczami i zapadła się w śpiwór.

– Bo jest zimno – burknęła Kasia i poczochrała małej grzywkę. – Nie interesuj się, bo kociej mordki dostaniesz!

Dni w obozie płynęły leniwie, przynajmniej na tyle, na ile letnie dni mogą harcerkom w obozie upływać leniwie. Poranki z wdzierającym się w sen gwizdkiem drużynowej, z rozciąganiem, skłonami, truchtem i kuchnią polową. Rozgrywki, szyfry, wędrówki. Bandażowanie rąk i nóg, rozpoznawanie gwiazd. Wszystko zgodnie z planem. Ale między Kasią a Magdą coś się zmieniło od tamtej wspólnej nocy po warcie. Magda stała się jeszcze bardziej zamknięta niż dotąd. Mniej mówiła, unikała spojrzeń. Czasem odpowiadała uśmiechem, ale to był inny uśmiech – słabszy, mniej pewny. Jakby zrobiła coś złego i się wstydziła do tego przyznać. W nocy, jednak, opatulona śpiworem, przytulała się plecami do koleżanki.

Pewnego popołudnia poszły razem na zwiad – mapa, kompas i szukanie punktów w lesie. Długo maszerowały w milczeniu. W końcu Kasia nie wytrzymała:

– Jesteś na mnie zła?

– Nie.

– Coś się stało. Od tamtej sytuacji w nocy…

– Po prostu nie chcę, żeby się śmiali.

– Ale przecież nikt się nie śmiał. Nic się takiego nie zdarzyło, no, poza Kryśką nikt nic nie widział!

– Czyli coś się zdarzyło… I na pewno by się wszystkie domyśliły. A ja nie chcę znowu być dziwadłem…

Kasia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Otworzyła usta i zamknęła je, bo nie wiedziała, o co chce spytać. Magda zatrzymała się. Zdjęła plecak, usiadła na pniu.

– Wcale nie jesteś żadnym dziwadłem – wydusiła w końcu z siebie Kaśka.

– Cieszę się, że tu jesteś, wiesz? – wypaliła Magda. – Jadzia… To moja przyjaciółka… Jej rodzice nie chcieli, żeby jechała właśnie ze mną. Rozumiesz?

Kasia powoli skinęła głową. To wszystko było głupie, groteskowe i szalone, ale w jej głowie kłębiły się myśli, którym dotąd nie chciała poświęcać uwagi.

– Chyba rozumiem – bąknęła pod nosem. Potem przeczesała dłonią krótkie, po chłopacku ścięte włosy, po raz pierwszy w życiu uświadamiając sobie coś bardzo wyraźnie. Zamarła, gapiąc się na Magdę.

– Znasz Queen? – spytała Magda wątłym szeptem.

– Wszyscy znają Queen! – Kaśka przewróciła oczami, ale widząc, że dziewczyna spłoszyła się od razu, mocno objęła ją ramionami.

– Nikt nas tu nie widzi. Ani nie słyszy – szepnęła tamtej prosto od ucha. Magdę przebiegł dreszcz. Resztę dnia spędziły wędrując na azymut po lesie i nie rozmawiając zbyt wiele. Kiedy ścieżka na to pozwalała, szły trzymając się za rękę.

Następnego dnia przebierały się w namiocie przed wieczorną kąpielą w jeziorze. Młodsze dziewczęta bez skrępowania rozbierały się i wciągały na siebie kolorowe bikini. Magda siedziała na pryczy i ze wszystkich sił się ociągała. Kaśka wygoniła małe druhny, zrzuciła mundur i bieliznę, wciągnęła majtki i top.

– A ty? – zapytała, ale bez natarczywości. Magda westchnęła ciężko. Zdjęła bluzę ostrożnie, jakby ważyła każdy ruch.

– Jak miałam pięć lat, wylałam na siebie wrzątek. Herbatę. Pociągnęłam za obrus i ukrop z dzbanka wylał mi się na brzuch i bok – przerwała. – Potem kilka tygodni szpital, przeszczep skóry. Mówią, że dobrze się zagoiło, ale… nie dla mnie.

Podciągnęła brzeg koszulki. Pokazała brzuch i bok pod żebrami. Kasia zobaczyła jasną, nieregularną bliznę. Dużą, rozległą, od biodra aż do piersi. Nie straszną. Nie odpychającą. Ładnie wygojoną. Ale nadal rzucającą się w oczy.

Magda szybko opuściła koszulkę.

–Dlatego czasem jestem dziwna.

Kasia usiadła obok.

– Nie jesteś dziwna. I nie musisz tego nikomu tłumaczyć. To nie tak, że to… Że sama to zrobiłaś, znaczy… Że specjalnie… Albo to wybrałaś – przewróciła oczami. – Wiesz, o co mi chodzi! – Zirytowała się na własną gadaninę.

Magda wzruszyła ramionami.

– Wiesz, dlaczego ci to pokazuję? Bo ty jedyna nie pytałaś. Ciągle słyszę: „Co to?”, „czego się tak krępujesz?”, „zrobiłaś sobie coś?”, „o Boże, jak to wygląda”. A ty po prostu… byłaś.

Kasia patrzyła w las w prześwicie namiotu.

– Zawsze będę – powiedziała cicho. Nie skomentowała wyznania Magdy, bo jako dziewczynka w spodenkach i o krótkich włosach rozumiała, że czasem można bać się pytania, które nie zostało jeszcze zadane. Że czasem ma się wrażenie, że każdy patrzy i wszystkim przeszkadza to, że jest się sobą.

Tego wieczoru Magda znów wyciągnęła swój zeszyt. Nie pokazała jeszcze nic, ale siedziała bliżej. W namiocie odległość między śpiworami też się zmniejszyła. Nie dotykały się, nic nie mówiły. Ale cisza między już nie była dziwaczna. Oddechy młodszych koleżanek i wieczna nieobecność zastępowej stały się nagle częścią czegoś wspaniałego.

Nazajutrz podczas kąpieli Magda weszła do wody razem z Kasią. W swoim jednoczęściowym stroju, ale tym razem nie kryła się tak nerwowo. Kasia to widziała.  Nie komentowała. Posłała jej ciepłe spojrzenie. Złapała ją mocno za dłoń.

Na brzegu druhna Renata rzucila uwagę, że Magda wreszcie zachowywała się „normalnie” w wodzie.

– Zawsze tak się zachowuje – odpowiedziała krótko, buńczucznie Kasia. Drużynowa zmierzyła ją wzrokiem, ale nie zareagowała.

Wieczorem w namiocie Magda przeczytała jej fragment opowiadania ze swojego zeszytu. O dziewczynce, która zgubiła się w lesie, ale znalazła kogoś, kto trzymał latarkę i nie uciekł na dźwięk jej kroków.

Dni zlewały się w rytmie posiłków i apeli. Powietrze pachniało igliwiem i przypieczonym nad wieczornym ogniskiem chlebem. Nocą, kiedy cichło wszystko, dziewczęta zasypiały przytulone, z głowami pełnymi szeptów. Własnych i wzajemnych.

Obóz zbliżał się ku końcowi, nadszedł też wreszcie wyczekany przez wszystkich moment – nocny bieg harcerski. Kasia przekonała drużynową, że „nowa” powinna iść w las z kimś doświadczonym i wkrótce czekały na sygnał wśród innych dwójek. Ruszyły szybko, drogą wokół jeziora. Na sanitarce było jeszcze jasno, więc bez problemu zaliczyły zadania z pierwszej pomocy. Magdzie dużo gorzej poszło odszukiwanie gwiazd na niebie, ale przy pytaniach z historii zostawiła Kaśkę daleko w tyle i zaimponowała wiedzą o Szarych Szeregach i AK, czego nie uczono w szkole. Stary wąsaty drużynowy tylko uniósł brwi i pogratulował jej nietypowych wiadomości.

Przez kolejne stacje kontrolne szły jak burza. Na nocnej leśnej drodze trzymały się za ręce, podskakiwały w marszu i śpiewały albo opowiadały sobie różne historie. Miały takie tempo, że kiedy zobaczyły ognisko kolejnego posterunku, dostrzegły, że poprzedni patrol jeszcze z niego nie zszedł. Przysiadły na mchu przy drodze, bardzo, bardzo blisko siebie. Magda wtuliła się nieśmiało w ramię Kasi. Dotknęła wargami jej policzka. Nie chciała pocałunku. Po prostu chciała być blisko. Kasia jej pozwoliła. Czekały w pełnym cieni lesie, czując, jak gdyby miały cały czas tego świata. 

Kilka minut po pierwszej w nocy, zmęczone, ale zadowolone, leżały już na pryczy, w rozpiętych śpiworach, szepcząc do siebie cichutko.

Komendantka zgrupowania zapowiedziała wspólne ognisko wszystkich podobozów. Prawdziwe wydarzenie, z ogniem rozpalanym przez wszystkie drużyny, z przemarszem i z pochodniami. Symbol wspólnoty, jak mówiła. Ale dla Kasi i Magdy to było coś więcej. W tłumie miały szansę trochę bardziej się zgubić niż zwykle.

Przez cały dzień Magda była rozkojarzona. Upuściła manierkę, na warcie zapomniała hasła. Kasia to widziała, ale o nic nie pytała. Tamtą zaprzątało coś innego. Córka milicjanta wpatrywała się w koleżankę intensywnie, ale bez natarczywości. Najlepiej na świecie wiedziała, jak można nienawidzić tego świdrującego spojrzenia, które przesłuchuje bez zadawania pytań.

Wieczorem ruszyli kolumną z obozu w głąb lasu, niosąc pochodnie. Szli najpierw w stronę stołówki, a potem odbili w górę stoku. Kolejne drużyny przyłączały się do pochodu. Śpiewali „Płonie ognisko”, potem „Połoniny niebieskie”. Nagle ktoś z kadry nieśmiało zanucił „Mury”, chociaż ta piosenka nie powinna znajdować się w harcerskim śpiewniku. W pierwszej chwili zapanowała konsternacja i zrobiło się nerwowo. Okazało się jednak, że zaskakująco wiele dziewcząt i chłopców znało słowa. Czuć było w powietrzu, że nadchodzi wiatr przemian.

Harcerska kolumna dotarła na polanę, gdzie czekała już ułożona ogromna watra. Powiernicy ognia po kolei rzucali na stos swoje pochodnie. Po chwili ognisko płonęło pod samo niebo. Kasia i Magda usiadły obok siebie, na skraju kręgu. Gdy zaczęła się gawęda, Kasia zauważyła, że Magda drży z zimna. Bez słowa zdjęła ortalionową kurteczkę, która miała założoną na mundur i zarzuciła koleżance na ramiona. Magda delikatnie dotknęła jej nadgarstka – to wystarczyło za podziękowanie.

Zaczęły się awanse, najmłodsze harcerki i harcerze dostawali krzyże harcerskie, ci, który byli w ZHP dłużej – kolejne, wyższe stopnie. Magda z zaskoczeniem została wywołana do złożenia przyrzeczenia, chociaż przecież ten obóz był jej pierwszym kontaktem z harcerstwem. Nie była jedyna, więc mimo emocji udało jej się nie pomylić słów. Po chwili wróciła do szeregu z nowiutkim krzyżem błyszczącym na kieszeni.

Znowu zaczęły się śpiewy. „Stanice” były czymś oczywistym. O wiele mniej wywrotowe od śpiewanych pod drodze „Murów”, ale budzące równie silne emocje „Nagie ciało” wg. Cohena wywołało poruszenie wśród nastoletniej braci. Śpiewanie takich piosenek w ogniu buzujących hormonów zawsze ma posmak obyczajowej rebelii. Kaśka zerkała ukradkiem na Magdę, pod nosem przebąkując refren. Najgłośniej oczywiście śpiewali chłopcy.

Potem wybrzmiało jeszcze „Ogniska już dogasa blask”, a wreszcie „Dym z jałowca”. Drużyny siedziały teraz w ciszy, komendant zgrupowania zaczął ostatnią obozową gawędę.

Magda pochyliła się i szepnęła:

– Chcesz iść na chwilę? Tylko my dwie. Dopóki nikt się nie zorientuje.

W jej głosie można było wyczuć silne napięcie. Kasia skinęła głową w ciszy. Cicho wstały i oddaliły się od ogniska. Doszły do zakrętu ścieżki, gdzie zrobiło się całkiem ciemno. Blask ognia już tu nie docierał. Stanęły pod sosną. Pachniało żywicą i dymem. Niebo było pełne gwiazd. Jasna, świetlista smuga Drogi Mlecznej ciągnęła się przez cały horyzont.

– Nigdy nie widziałam takiego nieba – powiedziała Magda.

– Ja też chyba nie. Albo nie pamiętam.

Magda usiadła na ziemi, oparła się o pień. Kasia obok, blisko, ale nie za blisko.

– Wiesz, że chyba pierwszy raz w życiu jestem sobą? – powiedziała Magda. – Bez udawania, bez tych wszystkich masek.

– Jaka jesteś, kiedy jesteś sobą?

Magda spojrzała Kasi w oczy. Długo.

– Taka jak teraz. Jak z tobą. – Kasia poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Nagle wszystkie piosenki przy ognisku, wszystkie słowa o przyjaźni i wierności nabrały innego, prawdziwszego znaczenia.

Magda powoli przesunęła dłoń, aż ich palce się dotknęły. Najpierw ostrożnie, potem mocniej. Kasia nie odsunęła ręki. Nie musiały nic mówić. Z oddali dochodził dźwięk gitary. „Idzie noc”.

– Całowałaś się już? – zapytała obcesowo. Tamta pokręciła głową niepewnie. Kasia schyliła się i ich wargi się zetknęły. Delikatnie. Na moment. Spięły się w sobie, jakby przeskoczył między nimi prąd. Chciała się odsunąć, ale Magda złapała ją za głowę i mocno przytuliła, całując ją tak, jak całują się tylko w filmach dla dorosłych.

Kasia nie wiedziała, jak długo to trwało. Ale po raz pierwszy poczuła się właśnie tak, jak powinna. Tej nocy spały mocno przytulone, pod rozpiętymi śpiworami.

Ostatni dzień obozu rozbrzmiewał innymi dźwiękami niż zwykle. Trzask śpiworowych zamków, nawoływania, szelest brezentu, tupot bosych stóp na placu apelowym – wszystko jakby głośniej, szybciej. Jakby wszyscy chcieli nadrobić czas i jeszcze chwilę skorzystać z obozowej swobody.

Kasia zwijała śpiwór. Magda składała na stertę materace, mimo ostrego słońca była zawinięta w bluzę z kapturem. Mało mówiły. Może już nie trzeba było. Czasem tylko

ich spojrzenia się spotykały – szybko, przelotnie. Bały się, że każde słowo mogłoby coś zepsuć. Obozowisko pustoszało, chociaż wszyscy byli na miejscu. W pewnej chwili Kaśka nie wytrzymała i pociągnęła koleżankę za rękę nad jezioro. Zeszły między trzciny obok pomostu, niedaleko kąpieliska. Siedziały dłuższą chwilę na zwalonym pniu, ukryte przed spojrzeniami z namiotów, przytulone i ciche.

Autokar dymił i śmierdział benzyną. Polne drogi zmieniły się w asfaltowe, potem ustąpiły miejsca miejskim ulicom. Jeszcze zanim dojechali, na przystanku pojawili się rodzice. Kasia od razu zobaczyła ojca – granatowa kurtka, czapka z daszkiem, ręce skrzyżowane. Stał z boku, czujny jak zawsze, oparty o służbowego granatowego poloneza.

Magda rozglądała się coraz bardziej zaniepokojona.

– Miała być o dziesiątej. Może się spóźniła.

Stały obok siebie, gotowe do poobozowego rozstania, z plecakami położonymi na ziemi. Magda sięgnęła do bocznej kieszeni i wyciągnęła zeszyt.

– Weź. I nie poprawiaj błędów, bo wiem, że czasem na to patrzyłaś – powiedziała z uśmiechem. – W razie czego: ostatnia strona.

Kasia schowała zeszyt do kieszeni kurtki. Potem podała Magdzie swój notes.

– Druga strona. Tylko nie pokazuj nikomu. I nie musisz łamać szyfru, przeczytaj normalnie.

W końcu podjechała nyska z chorągwi. Ktoś zawołał, że czas się zbierać. Magda musiała pojechać i poczekać z opiekunami z hufca, bo jej mama nie dotarła by ją odebrać. Kasia odjechała z ojcem. Usiadła na tylnym siedzeniu milicyjnego poloneza. Na kolanach trzymała zeszyt. Na ostatniej stronie była tylko krótka notatka.

„Nie wiem, czy się jeszcze spotkamy. Może zostaniemy tylko wspomnieniem, jak cień na brezencie, który znika o świcie. Może nigdy nie zapytamy wprost. Ale wiem, że ten ogień był prawdziwy.”

Kasia zamknęła zeszyt i schowała go pod bluzę. Wiedziała już, że nie jest sama. Magda nie zostawiła jej swojego adresu. Może bała się, może nie wierzyła, że warto. Ale Kasia zostawiła jej w notesie swój. Nie miała wątpliwości, że prędzej czy później doczeka się listu.

Halmstad, lipiec 2025

Barbie Brown

Identyfikuje się jako kobieta. Jest dzieckiem zza Żelaznej Kurtyny. Łączy swoją pochodzenie na południe od Bałtyku z rezydencją na północ od Bałtyku. Pisze dla frajdy.