Någon att hålla i hand

Wracali we trójkę z festynu na folwarku w Łyczynie. Noc była jasna, niebo nad skarpą wiślaną pełne gwiazd, księżyc świecił jak oszalały.

Poszli na tę imprezę z nudów, ale bawili się dobrze, chociaż nie były to do końca ich klimaty. Kilka obecnych także osób ze szkoły okazało nawet zdziwienie, że akurat ich troje tam przywiało.

– Drogą? – spytał Iwo, patrząc na biegnącą z południa na północ szosą na Górę Kalwarię.

– Zwariowałeś – zaśmiała się Emma – Idziemy przez las. Nie będę dreptała po asfalcie.

Przekroczyli więc szosę i poszli ziemną, pełną kolein drogą wzdłuż krawędzi pola, w kierunku czerniejącego kilkaset metrów dalej lasu. Nie minęło nawet dziesięć minut, kiedy weszli między drzewa. Droga zwęziła się do gęsto zarośniętej po obu stronach ścieżki. Znali las jak własną kieszeń, wielokrotnie przemierzali go we wszystkich kierunkach pieszo i na rowerach; od Królewskiej Góry aż do Łubnej, Chojnowski Park Krajobrazowy nie miał przed nimi żadnych tajemnic. Wiedzieli, gdzie spotkają dziki, gdzie sarny, a gdzie gniazdują dzięcioły; które ścieżki były dostępne cały rok, a które trasy podchodziły wodą na wiosnę i lepiej było ich unikać. Las był ich placem zabaw, tak, jak był nim cały świat.

– Pamiętacie, jak poszliśmy pierwszy raz we trójkę do lasu w nocy? – zapytał Jerzyk, kiedy nad ich głowami zamknęło się sklepienie z szumiących, trzeszczących i skrzypiących gałęzi. Uwielbiał to wspomnienie. Las żył swoim tempem, nie zwracając uwagi na tę trójkę młodych. W ciemnościach nocy, w plamach księżycowego światła i w blasku gwiazd toczyło się nieprzerwanie życie – nieprzejęte, nieustraszone, niestrudzone.

– Ooo – Emma zakręciła się wokół własnej osi, rozrzucając ramiona. – To było… Wydaje mi się, że tak dawno temu. Wtedy parę rzeczy zrobiliśmy pierwszy raz…

Był październik, a oni byli w czwartej klasie. Mieli po dziesięć lat, nie byli już dziećmi i konsul pozwolił Emmie-Ulrice zaprosić przyjaciół na nocowanie. Rodzice Iwa zgodzili się bez wahania, obojgu w pewien sposób imponowała przyjaźń syna z córką ważnego dyplomaty. Jerzyk miał z przekonaniem swoich dużo więcej problemów, w końcu znali się od niedawna, a w dodatku jego rodzina dopiero co się sprowadziła. Wreszcie jednak rezolutny uśmiech rudej koleżanki oraz jej gładkie słowa, godne poważniejszej dyplomacji, pozwoliły im dopiąć swego.

On sam jeszcze wtedy nie wiedział, że to zaproszenie będzie początkiem czegoś większego. Ale gdy stał z plecakiem przed bramą rezydencji trochę chciał od razu odwrócić się i uciec, a trochę czuł się, jakby wchodził do innego świata — nie tyle bogatszego, co jakby bardziej pewnego siebie. Emma rozmawiała z dorosłymi z taką swobodą, jakby to ona rządziła domem, a Iwo patrzył na wszystko z tym swoim spokojem, który dla Jurija był niemal nieosiągalny. Pomyślał wtedy, że nie wie, czy kiedykolwiek będzie pasował do tej dwójki. I jednocześnie czuł, że bardzo chce spróbować. Po przeprowadzce strasznie potrzebował znaleźć swoje nowe miejsce.

Popołudnie spędzali bawiąc się w rezydencji – dla Iwa nie była to nowość, bo był w niej częstym gościem, ale ich nowy przyjaciel czuł się onieśmielony, szczególnie, że mieszkał tylko w zwykłym jednorodzinnym domu w Jeziornie i willowa dzielnica nadal była czymś, co oglądał przez ogrodzenia po drodze do szkoły. Oglądali telewizję na satelicie, słuchali szwedzkiej muzyki, której Emma miała pełno na kasetach i płytach, ganiali się po ogrodzie, aż nadszedł zmierzch. Trudno powiedzieć, które z miejscowej dwójki zaproponowało, aby wyjść do lasu za rezydencją i pokazać nowemu przyjacielowi „swoje rewiry”.

– Nej, jag vet inte, fröken. Din far skulle inte nödvändigtvis gå med på det. – szef ochrony, nazywany przez wszystkich Starym Perem, nie był skłonny wypuścić trójki dzieciaków w noc. Pod nieobecność konsula to on decydował o wielu sprawach na terenie posiadłości.

– Idziemy tylko na ścieżkę zdrowia! – przekonywała go Emma.

– Jest dopiero po piątej – rezolutnie zauważył Jerzyk. W końcu, mimo, że było ciemno, nie był to jeszcze nawet prawdziwy wieczór.

Ostatecznie Stary Per się zgodził, ale wyposażył ich w dwie porządne wojskowe latarki i termos z herbatą. Chciał im wmusić służbową krótkofalówkę, ale nawet nie chcieli o tym dyskutować. Kazał też zabrać ciepłe bluzy, bo wiadomo, po zachodzie słońca robiło się szybko zimno, a w lesie… Nie słuchali go dalej, wybiegli przez uchyloną bramę, pobiegli ulicą w stronę lasu byle szybciej, byle się nie rozmyślił i zapadli między pierwsze drzewa. Nie zwrócili nawet uwagi na fakt, że w ślad za nimi szef posłał jednego z młodych, zwinnych wartowników, który trzymając się cienia miał za zadanie obserwować z daleka ich przygodę.

Ruszyli przed siebie żwirową ścieżką, białe kamyczki połyskiwały w świetle gwiazd, ale było dość ciemno, bo księżyc zbliżał się do nowiu, a latarnie na ścieżce zdrowia nie paliły się. Był to popularny trakt spacerowy, wyposażony w ławki, zabawki dla dzieci i instalacje do ćwiczeń, wykorzystywany chętnie zarówno przez mieszkańców, jak i kuracjuszy z okolicznych sanatoriów i kilku różnych szpitali. Teraz jednak był pusty i spokojny. Las nad głowami dzieci szumiał nieco tylko niepokojąco. Emma i Iwo robili dobre miny, bo w końcu to był ich rewir i nie mogli przed nowym kolegą okazać słabości. Jerzyk lasu się nie bał, wielokrotnie bywał i na rozlewiskach i w lesie po zmroku, chociaż to prawda, że zwykle z dziadkiem, czasem z babcią lub ojcem. Maszerowali teraz ramię przy ramieniu, chłopcy odruchowo ustawili się po bokach, a dziewczynę wzięli między siebie chroniąc ją przed wszystkimi urojonymi strachami tej nocy. Ona natomiast wyjęła z kieszeni coś, co Jerzykowi wydało się opakowaniem lekarstw i dała każdemu po dwie pastylki. Zawahał się, zanim wyciągnął dłoń.

– To guma go żucia – uspokoiła go ze śmiechem i widząc, że nadal się nieco waha, sama wrzuciła sobie porcję do ust, żując po chwili zawzięcie. Poszedł w jej ślady. Niecodzienna guma miała intensywny smak, inny od wszystkich gum do żucia, jakich dotąd próbował. Minęli drabinki i huśtawki stojące na zakręcie, następnie pochylnię i schody do ćwiczenia jazdy na wózku inwalidzkim, a potem przemaszerowali na tyłach szpitala neurologicznego. Duże okna w świetlicy rzucały plamy światła na ścieżkę, a ich własne cienie urosły do niebotycznych rozmiarów i tańczyły między drzewami po drugiej stronie razem z cieniami kuracjuszy w świetlicy, kiedy szli wyciągniętym krokiem.

– Tu jest całkiem inaczej niż u mnie, nad Dnieprem – powiedział Jerzyk.

– Prawda? – ochoczo zgodził się Iwo.

– I w moich rodzinny stronach nad Kattegatem też jest inaczej – przyznała Emma. Przystanęli, bo doszli do miejsca, gdzie ścieżka zdrowia zakręcała. Wysypana żwirem alejka biegła prostopadle do ich trasy, ale prosto, w głąb lasu, prowadziła bita droga pożarowa. Przy skrzyżowaniu stało drewniane zadaszenie piknikowe. Obok niego samotna działająca latarnia. Rozglądali się, ale żadne z nich nie chciało pierwsze zaproponować, aby trzymali się trasy rekreacyjnej. Emma zapaliła latarkę i poświeciła daleko wzdłuż drogi. Cienie zatańczyły między drzewami. Wydawało się, że w rozdartej nagle snopem elektrycznego światła ciemności wszystko się rusza. W dodatku wiatr szarpnął mocniej gałęziami i nad ich głowami wzmógł się szum. Dziewczyna podała Jerzykowi swoją latarkę i chwyciła chłopców za ręce, a potem ruszyła raźno naprzód, prosto w las.

Szli z początku energicznie, żywiołowo, rozmawiając, opowiadając sobie różne historie, wymieniając się uwagami na wszelkie tematy. Przybyszowi ze wschodu było trudniej – ta dwójka znała się od lat i byli ze sobą bardzo zżyci, on dopiero od paru tygodni obracał się w orbicie ich wpływów i ciągle wszystko było dla niego nowe. W dodatku Iwo i Emma byli jednak dzieciakami z miasta, no dobra, miasteczka, może i pełnego lasu, łąk, pól i strumieni, ale jednak miasteczka, podczas gdy on przyjechał tu prawie z dziczy, z domu na rozlewiskach, na ogromną rzeką, wśród moczarów, łęgów, łanów sitowia, stogów siana i podmokłych lasów. Miał też nadal spore problemy z językiem. Czuł się jednak z nimi swobodnie, wystarczająco dobrze, żeby ciągle paląca tęsknota za gospodarstwem dziadków nieco cichła w jego sercu.

Rozmowa zajmowała ich na tyle, że nie zwracali zbytnio uwagi na otaczający ich las. Jednak w miarę, jak zagłębiali się w niego coraz bardziej, ich głosy stopniowo cichły a kroki stawały się coraz mniej śmiałe. Iwo zerknął przez ramię. Wydawało mu się, że na tle plamy tak obecnie odległej latarni przy daszku piknikowym zamajaczyła mu ludzka sylwetka. Co chwila rozglądał się na boki, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół otoczenia.

– Myślicie, że jesteśmy tu całkiem sami? – zapytał nieco nerwowo.

– Mam nadzieję – odparł cicho Jerzyk – bo w lesie w nocy nie boję się tego, że jestem sam. Raczej odwrotnie, bałbym się tego, że nie jestem sam…

– Myślicie, że tu są jakieś zwierzęta? – spytała Emma.

Chłopak znad rozlewiska lekko ścisnął jej drobną, ciepłą dłoń.

– W lesie zawsze są zwierzęta, ale to nie jest nic strasznego – poczuł przez moment, że ma do zaoferowania coś „dzieciakom z miasta”, chociaż serce waliło mu tak samo mocno, jak im – Moja babcia zawsze mówi, że zwierząt się nie boi, tylko ludzi.

Iwo obejrzał się ponownie przez ramię, teraz dużo bardziej nerwowo. Plama światła latarni była odległa, mętna i ledwo ją widział, a cienie rzucane na leśną drogę przez kołyszące się drzewa sprawiały, że nie mógł na niej zogniskować wzroku. Prawie wpadł na Emmę, która zatrzymała się dość raptownie. Spojrzał przed siebie. Leśna droga zwężała się tutaj i przechodziła w ścieżkę, którą mogli iść tylko gęsiego. Nagle to już nie była zabawa – to była prawdziwa nocna wyprawa, taka, o której potem opowiada się nieco nerwowym szeptem. Kilka kroków w bok od ścieżki stał drewniany paśnik, majaczący w mroku. Iwo zatoczył łuk latarką i oświetlił konstrukcję. Coś burego, zaskakująco dużego, zamarło między drzewami. Oczy odbijały światło jak dwa świdrujące punkty. Emma jęknęła zduszonym głosem. Kozioł sarny skoczył nagle i kilkoma susami skrył się w nocnym lesie. Hałas spłoszonego zwierza, zdawało się, obudził wszystkich innych mieszkańców.

Jak na komendę cała trójka zrobiła w tył zwrot i ruszyła nieco szybciej niż by sobie tego życzyli z powrotem w kierunku, z którego przyszli. Chłopcy omiatali las latarkami, ale kiedy po prawej stronie w poszyciu zapaliła się para fosforyzujących oczu obaj bez słów skierowali snopy światła prosto na drogę i przyspieszyli kroku. Nikt już teraz nic nie mówił. Nie biegli tylko dlatego, że nie pozwalała im na to dziesięcioletnia duma. W pewnej chwili jednak coś zaczęło przedzierać się przez poszycie. Trzaskały łamane gałęzie, szeleściły zeszłoroczne liście, a zbliżająca się szybko istota wydawała charkotliwe dźwięki. Była ciężka i niezgrabna.

– Chodu – szepnął Iwo i trzymając mocno przyjaciółkę za ręce obaj chłopcy ruszyli sprintem w kierunku majaczącego w beznadziejnej oddali światła latarni. Biegli ciężko, potykając się, dysząc i posapując, a skaczące chaotycznie światło latarek wydobywało z mroku coraz bardziej groteskowe szczegóły. W pewnej chwili tuż przed sobą zobaczyli stojącą na skraju drogi wysoką, ciemną postać.

– Nie stawajcie! – wrzasnął tylko Jerzyk. Nie rozglądając się na boki przegalopowali obok ukrytego w mroku ochroniarza z rezydencji, który spokojnie szedł za nimi zgodnie z poleceniem. Teraz z trudem zdusił śmiech. Biegli tak długo, aż dotarli do oświetlonej latarniami ulicy, a i tam zwolnili jedynie nieco i maszerowali twardo aż do rezydencji. Herbatę z termosu wypili wśród drzew już za murem.

– Wyprawa nocą do lasu zmienia cię nieodwołalnie – powiedział Jerzyk, kiedy szli już wąską ścieżką między gęstymi zaroślami, łączącą pola z leśną drogą, wspominając tamtą przygodę. Robaczki świętojańskie unosiły się dosłownie wszędzie. – Najedliśmy się wtedy trochę strachu, co?

– Ooo, pewnie! – przyznała ruda. Sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła blister Stimorolu. Wycisnęła każdemu z chłopaków na dłoń po dwie tabletki i po chwili żuli wszyscy troje ochoczo. Jerzyk przypomniał sobie, z jaką ciekawością przed laty pierwszy raz próbował gumy do żucia prosto ze Skandynawii.

– Jakbyśmy się wybrali do lasu na wiosnę albo latem, tak jak teraz… – Iwo jakby się rozmarzył. – Człowiek się uczy wszystkiego sam.

– E tam, żałujesz? – spytała. Pokręcili obaj głowami przecząco.

Ich pierwsza wspólna mała wyprawa i wielka przygoda. Tak jak wtedy, także teraz las wokół nich szumiał głośno, w poszyciu uwijały się nocne zwierzęta, raz na jakiś czas gdzieś zapaliły się czyjeś oczy a nieco dalej coś hałasowało, ryjąc ściółkę i pochrząkując. Ale oni nie mieli już dziesięciu lat, a księżyc, inaczej niż wtedy, świecił tej nocy jak oszalały.

Maj 2025

Bartek Biedrzycki

Twórca opowieści, fandomowy drobny aktywista, absurdalny wydawca.