Dlaczego płomienie świec tańczą zupełnie, jakby były żywe? Wpatruję się w płomień przed sobą tak intensywnie, aż bolą mnie oczy. Odwracam na chwilę głowę, moje spojrzenie zatrzymuje się na twarzy stojącej obok kobiety. Światło iskrzy we łzach zastygłych na jej policzku. Wszędzie pełno świec. Słodka, dusząca woń białych lilii miesza się z zapachem starego drewna, zbyt obficie naniesionych perfum, potu, kadzidła i deszczu. Patrzę w ogień przed sobą i nie widzę już nic. 

– Ja jestem takim trochę jakby twoim wujkiem, opiekunem, wiesz? Ktoś tu musi o ciebie dbać, kiedy jesteś daleko od domu. Sama. Masz tylko nas – mówiłeś jeszcze wczoraj pół roku temu. 

Chyba wychodzimy. Tłum przelewa się, kipi niczym piana z gotujących się ziemniaków, ludzi jest ciągle coraz więcej. Rytm, w którym falujemy, urywa się raptownie. Zatrzymuję się w pół kroku. Na górę idą tylko mężczyźni. Czekam razem z twoją mamą, z Natalie i wszystkimi kobietami, które Cię kiedykolwiek kochały. A może wcale nie? Czuję się, jakbyśmy stały we mgle. Przestało padać, powietrze jest ciepłe i rześkie, ziemia paruje, wszędzie pełno kwiatów, ptasi śpiew niesie się dookoła. Patrzę, ale nie widzę. Słucham, ale nie słyszę. Rozmawiam, ale zupełnie nie wiem o czym. I nagle idziemy, teraz nasza kolej. Potykam się o czyjeś nogi albo może o kamień, to bez znaczenia, jest tyle ludzi, nikt nie zauważa. Chyba ktoś mnie nadepnął.

Oni siadają dookoła, Tomaž wyciąga gitarę, jest nas coraz mniej. Śpiewamy piosenki, które lubisz, dzielimy się historiami, które wszyscy znamy. Nasz śmiech niesie się po całym wzgórzu, zapewne nieco za głośno, nie szkodzi.

Wracamy w końcu na opustoszały już parking. Ktoś trzaska drzwiami samochodu, ostry dźwięk wyrywa mnie z letargu, wracam do rzeczywistości. Ciebie już w niej nie ma.