W pensjonacie Gwiazda Morza zameldowałam się jakoś chwilę przed 18.

Była ciepła, nieprzyjemnie wietrzna niedziela 25 maja.

Tak naprawdę nie zameldowałam się – po prostu żadne inne słowo nie pasowało do tego zdania, a podobał mi się jego początek, jak z leżakowej powieści obyczajowej. Najpierw zadzwoniłam do kilku miejsc, które ogłaszały wynajem pokoi, ale jednak nie jest tak łatwo znaleźć pokój dla jednej osoby. W końcu zadzwoniłam tutaj, a kobieta w telefonie powiedziała „no dobrze, niech pani przyjdzie”.

Moją strategią było wyszukanie w mieście najbardziej obskurnie wyglądających przybytków turystycznych. Tych, które absolutnie nie zapraszają. Niby ogłaszają na potykaczach, że mają wolne pokoje, ale tak naprawdę niespecjalnie im zależy, żeby ktoś je zajął. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobrażałby sobie spędzenia w takim miejscu miłych wakacji. Nikt oprócz mnie. Bo ja wiem, że są to miejsca nieogłoszone w żadnym internecie, nie ma ich ofert na bookingu, grupach facebookowych czy jakimkolwiek portalu z ogłoszeniami dla turystów. To miejsca prowadzone przez nieprzyjemne w obejściu babsztyle i starych marudów, założone w 1993, a może w 1996 i żaden postęp usług turystycznych, a i myśli taniego, zajazdowego designu nie zakradł się za próg tych wszystkich Pensjonatów Edyta, Villi Delfin, Pokoi na Wynajem u Dariusza i Dorsza. A więc to miejsca, gdzie nie tylko na pewno będą wolne miejsca, ale pokój z łazienką będzie kosztował maksymalnie w okolicach 100 zł.

Byłam już dość zmęczona. Z Katowic do Helu jedzie się bardzo długo.

Było ciepło, a ja miałam za sobą godzinną wędrówkę z walizeczką tyrkotającą kółkami po klimatycznym bruku nadmorskiego miasteczka w poszukiwaniu miejsca do przenocowania. Zadzwoniłam guziczkiem oznaczonym „recepcja” – jak się za chwilę przekonałam, było to szumne niedopowiedzenie, gdyż recepcja była po prostu pokojem, który stara kobieta wynajmująca w tym pensjonacie pokoje zajmowała razem ze swoimi psami. Nie było tu więc mowy o meldowaniu. Nie stałam naprzeciwko eleganckiej recepcjonistki, nikt nie przesunął dla mnie po ladzie kluczy do pokoju, prospektu turystycznego, ulotki, mapy. Nie było zapewnień „jeśli tylko będzie pani czegokolwiek potrzebować”, nic z tych rzeczy. Stara kobieta ze złotym zębem włożyła mi w dłoń dwa klucze – do pokoju i do drzwi wejściowych – i powiedziała, no, niech pani zostanie, do środy to może być. Szybkim, płynnym ruchem kciuka zamknęła mi dłoń na kluczach. A płatność tylko gotóweczką.

W niepozorne drzwi Gwiazdy Morza wchodzi się prosto z chodnika. Łatwo je przeoczyć. Po jednej stronie jest sklep w warzywami, po drugiej butik odzieżowy. Jego właścicielka zdecydowała się na ekspansywną formę marketingu, a więc porozstawiała manekiny wystrojone w butikowe stylizacje na sporej części chodnika, aż pod sklep warzywny. Jedynym znakiem, że między tymi manekinami może być cokolwiek jest potykacz z naklejoną kartką z napisem WOLNE POKOJE i numerem telefonu.

W środku jest dosyć mrocznie. Niedługi, wąski korytarz prowadził do pomieszczenia pomyślanego w dawnych, lepszych dla tego przybytku czasach jako rzeczywista recepcja, teraz ewidentnie nieużywanego. Ciemne kafelki na podłodze, ciemne, wzorzyste tapety, kilka ciemnych etażerek z zakurzonymi wazonami. Lada z drewna orzechowego, eleganckie krzesła w stylu dworskim z bordowymi obiciami, a na ścianach kilka obrazów o tematyce marynistycznej i drewniana kasetka na klucze do pokoi.

Pani do środy, tak? Do środy, na pewno?

Stara kobieta o głosie tysiąca demonów, dociekała natarczywie, bo ja mam potem full!, dodała. Ja mam całą wycieczkę! Była niska, miała kwadratowy kształt twarzy i dość ciekawskie, trochę bezczelne spojrzenie niesamowicie dużych oczu. Krótkie włosy sterczały w każdą stronę, ale nie był to efekt zupełnego zignorowania kwestii estetycznych fryzury, a wręcz odwrotnie – pasma jej włosów przeszły intensywne modelowanie na lokówce z bardzo dużą końcówką i zostały utwardzone w nienaturalnej dla włosów pozycji wskazując wszystkie kierunki naraz, trochę jakby jej głowa imitowała kulę plazmową. Tak, tylko do środy, zapewniłam ją solennie, biegając oczami po wyzwaniu, jakim dla wyrobionych już przyzwyczajeń w obserwowaniu proporcjonalnych kształtów była twarz tej kobiety. Jasne, do środy, jak zresztą już powiedziałam na samym początku tej rozmowy i nie miałam zamiaru zmieniać zdania. Do środy, do środy, zapewniałyśmy się obie, aż w końcu, przekonane, że środa będzie dniem mojego rozstania z Helem, dostałam klucz do pokoju. Numer 8, będzie pani pamiętać kochanieńka? Osiem! Nagle, niezauważenie dostałam się w arkana jej zaufania. Teraz już byłam kochanieńką , za chwilę zostanę skarbeczkiem, kochaniem, serdeńkiem. Tak, osiem, powtórzyłam już z półpiętra. No, osiem! To na drugim piętrze! Osiem, powtarzałam sobie, bo jej obsesyjny upór, żebym się aby nie pomyliła, trochę wszedł mi pod skórę małym napięciem.

Pokój numer osiem jest naprawdę brzydki. Nie było w tym jednak nic wyjątkowego. Ot, przypadkowa zbieranina mebli w niewielkim pomieszczeniu. Trudno spodziewać się zresztą czegokolwiek innego. Ściany pomalowane na kanarkowy żółty odbijają się na mnogości kolorystycznej powierzchni mebli melaminowanych na różne odcienie drewna. Brzydka szafa, brzydki, absurdalnie niepraktyczny, okrągły stolik, dwa bezużyteczne taborety postawione w miejscach, gdzie tylko przeszkadzają. Łazienka jest niewielka, wykafelkowana w kilka przypadkowych tonów turkusu. Duże, bardzo miękkie i niepewne łóżko na samym środku pokoju, a w rogu, nie wiadomo w jakim celu, krzesło. Wyobrażałam sobie, że mogłabym spędzić w tym pokoju noc z kochankiem, a potem, kiedy już zaśnie, założyłabym satynowy szlafrok, nalałabym sobie kieliszek wina i usiadła w tym fotelu. W półmroku przypatrywałabym się jego nic nie podejrzewającej, niewinnie śpiącej twarzy i planowała jego morderstwo. Zanim jednak znajdę kochanka, którego namówię na dziwaczny weekend na Helu, odłożyłam na to krzesło laptopa i książkę. Kiedy indziej w nim usiądę.

Teraz jednak powyjmowałam z walizki rzeczy, których potrzebowałam, przebrałam się i wysikałam i wyszłam przejść się po plaży. Później dopiero rozejrzałam się wnikliwiej w swojej sytuacji i zorientowałam się, że jest ona dość… Cóż, czarowna.

Zasnęłam prawie natychmiast i spałam 12 godzin.

Miałam dziwne koszmary, opowiadałam sobie fragmentaryczne scenki bez początków i bez końców, mroczne, brutalne, groźne. Obudziłam się z potężną, koszmarną, rozłupującą czaszkę od środka migreną. Dysfunkcja głowy była tak dojmująca, że przejęła kontrolę nad resztą ciała – nie mogłam wstać z łóżka. Nie zastanawiałam się jednak co zrobić, bo w oszalałej z rozsadzającego bólu głowie nie ma szansy rozwinąć się żadna rozsądna, ani nawet żadna pełna myśl. Przepływały przeze mnie tylko obrazy dziwnych mar, powidoki niepokojących snów, niejasne wspomnienia dźwięków, zapachów, odczuć. Płakałam, ale nie umiałam sobie samej wyjaśnić, o co mi chodzi. Zasypiałam na kilkanaście minut i od nowa budziło mnie huczące pulsowanie w za ciasnej nagle czaszce.  

Później zaczęłam wymiotować, a zanim jeszcze moje ciało spróbowało tej formy oczyszczenia, wydawało mi się, że mam omamy słuchowe. Za uchylonym oknem krzyczały mewy, ale nieprzyzwyczajona do tego dźwięku na co dzień, myślałam, że to skomlące psy. Słyszałam miauczenie kota gdzieś w środku pensjonatu, ale niewyraźne, rozproszone. Nie byłam pewna, czy naprawdę to słyszę czy to jakiś figiel wymęczonego mózgu. Przyciskałam głowę do materaca raz z prawej, raz z lewej strony i wyobrażałam sobie, że ból zlewa się ze mnie przez ucho do jego środka, przecieka między sprężynami i rozlewa się po podłodze. Łzy płynęły mi po twarzy, wszystko widziałam jak za białym woalem. I do tego to miauczenie. Nie mogłam ufać swoim uszom, wydawało mi się, że to jakiś omam.

Kilka godzin później, wyrzygawszy z siebie wszystko i wypłakawszy ostatnią, mieszczącą się jeszcze w rozpuchniętej głowie łzę, znalazłam w sobie dość determinacji, żeby wyjść z tego pokoju i poszukać apteki. Na korytarzu miauczenie było wyraźniejsze. Wciąż jeszcze nie widziałam z dobrą ostrością, ale co do kota, teraz już byłam pewna, że istnieje naprawdę.

Otwierałam wszystkie drzwi po kolei na piętrze. Nikogo w nich nie było. Przy 9 jednak zawahałam się, bo teraz już byłam pewna, że on jest właśnie tam. Przyszło mi do głowy, że jeśli ktoś rzeczywiście trzyma tam kota to raczej nie powinnam dawać mu okazji do ucieczki. I co, jeśli ktoś tam jest? Ale słyszałam tego kota tak wyraźnie, miauczał i miauczał ponaglająco i, no trudno, pomyślałam sobie, najwyżej przeproszę i udam, że się pomyliłam. Nacisnęłam klamkę, popchnęłam – i drzwi otwarły się, a za nimi siedział kot. Teraz już nie miauczał tylko patrzył na mnie spokojnie. Wystraszyłam się i zamknęłam go tam z powrotem.

Później, na plaży wzięłam tabletkę na migrenę, zagryzłam ją bułką z twarogiem i położyłam się na piasku. Było tak ciepło i przyjemnie. Nie słyszałam żadnych dźwięków, niczego oprócz szumu morza i wiatru. Zasnęłam na chwilę, przebudziłam się i znowu zasnęłam. Byłam strasznie zmęczona. Spędziłam tak, leżąc na tej plaży półprzytomna całe popołudnie, aż w końcu gigantyczne imadło ściskające mój mózg zaczęło trochę odpuszczać.

Wróciłam do swojego pokoju. Było tam zupełnie cicho, miauczenie ustało, za to za oknem zaczął szumieć deszcz. Nieszczęśliwa położyłam się na to miękkie, niepewne łóżko i zasnęłam na chwilę. Obudziło mnie pulsowanie w czaszce, które chyba od nowa nabrało rozpędu. Był wczesny wieczór, słońce miało zajść za godzinę. Wzięłam tabletkę i postanowiłam się przejść na plażę. Na drugą plażę, tę ładną. Tam, gdzie jest koniec Polski – lub początek, jeśli tak wolimy to widzieć.

Kiedy schodziłam na dół, spotkałam tego kota. To na pewno był ten sam – ciemnobrązowy, nieduży, chyba rasowy. Miauknął dobrze mi już znanym monotonnym tonem i zakręcił się wokół moich kostek. Oprócz niego nie spotkałam tam nikogo. Słyszałam tylko głuche odgłosy jakiegoś programu telewizyjnego dochodzące zza drzwi pokoju, który zajmowała właścicielka. Impulsywnie przeszłam kilka kroków za ladę i otwarłam drzwiczki kasetki na klucze. Wszystkie klucze, oprócz tych do mojego pokoju, wisiały na haczykach. Wyglądało na to, że byłam w tym pensjonacie sama.

Trzy kolejne dni spędziłam w tym miejscu na przemian śpiąc, nie śpiąc, popłakując cicho i leżąc wyczerpana tym wszystkim z na siłę zamkniętymi oczami.

Słyszałam każdy dźwięk o sto razy głośniej. Wydawało mi się, że po korytarzu chodzą tłumy ludzi, trzaskają, wołają i zbijają deski. Wydawało mi się, że słyszę program kabaretowy w telewizorze właścicielki dwa piętra niżej. Wydawało mi się, że znowu słyszę tego kota.

W ciągu dnia udawało mi się wychodzić do apteki i potem na plażę. Tabletki na migrenę, które lubię, są sprzedawane w 2 sztukach w opakowaniu, więc i tak codziennie potrzebowałam nowego. I codziennie kupowałam jedno, bo miałam nadzieję, że kolejne już nie będzie mi potrzebne.

Rozsiadałam się na swoim szaliku na plaży, zjadałam bułkę, twarożek, truskawki i tabletki a potem kładłam się na miękkim piasku i czekałam aż to wszystko ze mnie spłynie – do piasku i dalej w dół, do morza. Wszystko spłynie, cały ten ból głowy, nastrój mroczny i depresyjny, poczucie beznadziei i złość, że jestem z tym swoim obolałym, bezużytecznym ciałem zupełnie sama. Coraz popularniejsi już także poza internetem motywatorzy zmian i coachowie życia przekonują, że należy opiekować się sobą, kochać siebie, troszczyć się o swoje ciało, duszę, jestestwo. Ale ja naprawdę nie mam na to siły. Chcę tylko leżeć i cierpliwie czekać, aż dopływy każdego cierpienia zbiorą się w głównym nurcie i wyleją ze mnie, wsiąkną w ziemię, w piasek, znikną.

Czułam wszystkie zapachy, wszystkie, które unosiły się w tym pensjonacie i, jak mi się wydawało, w ogóle wszystkie, które istnieją. Wwiercały mi się w nos, drylowały przez środek czoła i rozchodziły się mikromrowieniem tuż pod czaszką. Czułam stary kurz na zasłonach, syntetyczny zapach płynu do płukania tłusto osiadły na pościeli, szampon pokrzywowy, którym poprzedniego dnia umyłam włosy i odświeżającą w tym ciężkim towarzystwie przepołowioną cytrynę, leżącą na stoliku. Czułam, że ktoś coś gotuje. Ociężałe, kuchenne wyziewy wędzonej ryby, duszne opary ziemniaków, umęczone wielogodzinnym gotowaniem mięso z rosołu, kwaśny chleb. Mocne, miodne wonie różaneczników, lilaków i frezji. Skąd dochodziły te zapachy? Przecież właścicielka tego pensjonatu nie gotowała chyba niczego. A nawet jeśli, to nie tyle potraw naraz. Nie było tam też żadnych kwiatów. Możliwe, że te zapachy były w mojej głowie.

Codziennie rano wlokłam się na plażę i szłam i szłam i szłam po zimnym piasku. Było bardzo wietrznie. Podobało mi się to, jak wiatr wywiewał ze mnie coraz więcej zagmatwań, wątpliwości i tęsknot. Myślałam o tobie. Rozkładałam szalik na piasku i kładłam się na boku, podkładałam ramię pod głowę i patrzyłam w morze. Zasypiałam na chwilkę, budziłam się i po twarzy bezwiednie spływały mi pojedyncze łzy. Nie wiem, czy to przez migrenę, przez ten wiatr czy przez ciebie. Ale to był chyba ten wiatr. Wracałam do pensjonatu, zziębnięta, zmęczona, wywiana, wchodziłam powoli po schodach i głaskałam wijącego się wokół moich nóg kota a stara kobieta wołała za mną z parteru – nie potrzeba ci czegoś, kochana?

Nie było mi potrzeba niczego i to był dobry znak.

Wymeldowałam się stamtąd w środę rano.

To były moje urodziny, trzydzieste dziewiąte. Być może jednocześnie sto trzydzieste dziewiąte. Głowa przestała mnie boleć. Właścicielka tego nierealnego pensjonatu, do tej pory ospała, teraz była bardzo zabiegana, składała pościel, poganiała sprzątaczki, organizowała się na przyjazd wycieczki, jak wyjaśniła pospiesznie krzątając się w graciarni, która kiedyś była recepcją. Kiedy oddawałam jej klucze, powiedziała – no, wszystko dobrze, kochana! I potruchtała zaaferowana do jakiegoś pomieszczenia na zapleczu, chyba pralni. Wyszłam stamtąd i terkocząc walizką po kostce brukowej powoli poszłam przez to beznamiętne miasteczko w stronę dworca.

To było moje wielkie, niczym nieuzasadnione, trochę naiwne marzenie, które nosiłam od kilku lat – spędzić swoje urodziny nad morzem. Trochę głupie. Spacerować, czytać, drzemać na plaży, pływać w morzu. Nie było moim marzeniem trafić do pieczary starej wiedźmy i przejść przez koszmarny, mieszający zmysły rytuał oczyszczający, Chyba tak jest, że lepiej nie marzyć o niczym, bo spełnienie tych marzeń może się obrócić przeciwko nam.

Jest mi teraz lepiej. Wywiałam cię z siebie. Wypchnęłam cię z mózgu przez wszystkie otwory w czaszce. Chaosy uspokoiły się. Pojechałam do Julki, wróciłam do domu.

A potem cię niespodziewanie spotkałam, tylko na chwilkę, i już nie wiem. Ale stara wiedźma, o ile istnieje, powiedziała, że wszystko będzie dobrze.