Halomonas titanicae
za granatowym horyzontem, na wydmach szarych
spełniamy sen o życiu plażowego zmieraczka
żywimy siebie resztkami głodnej materii
morską krew przez serce tłocząc, na bladej skórze
rysujemy błękitne szlaki, które
nigdy się nie przetną
do jutra ochłoniemy,
spłyniemy po źdźbłach zielonej wydmuchrzycy
pogrzebie nas piasek drobny jak sól
znieczulone ciała zmienimy w rdzawe wraki
stalaktyty pamięci przerobimy na złom
może nas kiedyś odkryje poszukiwacz srebrnych monet
oczyszczeni z brudu trafimy na aukcje
przy odrobinie szczęścia
wylicytuje nas kolekcjoner strat
grzbiet
każdej naszej rozmowie przysłuchują się wilki
na sierści przynosząc zapach mokrego lasu
w naszych chłodnych ciałach
coraz mocniej pulsuje krew
nie patrząc Ci w oczy
łaszę się
głodna ugryzień
wystawiam grzbiet do głaskania
lentylki
między nami stada ekranów prężą niebieskie światła
zanurzeni w smugach nie naszych cieni
z trudem dostrzegamy powidoki dusz wysuszonych sztucznym słońcem
ciałka migdałowate wibrują w rytm powiadomień
z każdym oddechem wdychamy ślady informacyjnych spalin
nikt jeszcze nie opracował dopuszczalnych norm
uczymy się sięgać do przepony by uwolnić płacz
odzyskana sól odkazi nasze serca
nurt
powietrze drgało od niewypowiedzianych słów
niebo rozpływało się rozszerzając źrenice
woda w rzece rozmiękczała skórę stóp
na zdjęciu nie widać, jak długo w niej stałam
cieki, strumienie, rzeki i morza
niosą oceanom nasze historie
plankton karmi się naskórkami emocji
trwalszymi niż plastik
ich resztki opadną na dno tworząc rafy,
o które rozbiją się statki naszych dzieci
zlodowacenie przyjdzie szybciej niż myślisz
ratując tylko tych, którzy na to zasłużą
ciągle stoisz na drugim brzegu
przykładasz muszle do ucha
czy słyszysz echa moich opowieści