
Jak żyć?
Droga Marto,
Nie obawiam się, że to podrzucone na moją skrzynkę pocztową niewinne pytanie mogłoby mieć napastliwość prowokacji. Nie mogę jednak nie widzieć jego podwójności – tego ogólnego zagadnienia dryfującego w dyskusjach społecznych i tego osobistego, pogłębionego pytania, którego nie zadajesz, i którego ja też nie zadaję: kogo potrzebujemy?
Oczywiście: wszyscy, wszyscy ludzie na świecie. Kogo potrzebujemy, z kim splatamy swoje życia, częścią jakich społeczności stajemy się z biegiem czasu? Czy możemy odciąć się zupełnie od miejsc, w których wyrośliśmy? Od swoich rodzinnych domów, dzielnic, miasteczek, od rówieśników, z którymi spędziliśmy całe lata w szkołach. I odwrotnie, czy wsiąkanie w te struktury jest nieuniknione, po prostu musi mieć miejsce.
Ale też my, ty i ja. Rozmawiałyśmy już o tym.
Był grudzień, okres tych kilku nieumocowanych dni między świętami a sylwestrem.
Siedziałyśmy przy niewielkim stoliku na piętrze kawiarni przy mikołowskim rynku, przy dawno już pustych filiżankach po kawie i rozmawiałyśmy właśnie o tym: czy zapuściłyśmy korzenie? A jeśli tak – to gdzie?
Przez trzy lata chodziłyśmy razem do liceum. Nie wspominam tych czasów najlepiej. Po latach widzę, jak pełną napięć, naiwną i rozproszoną nastolatką byłam, nie lubiłam siebie w tym okresie. Ty byłaś bardziej zwarta, skupiona, beztroska. Nie przyjaźniłyśmy się szczególnie blisko, ale lubiłyśmy się.
Minęło dwadzieścia lat i spotkałyśmy się w tym samym Mikołowie, do którego dojeżdżałyśmy w czasach szkolnych,
ty z miasta obok, ja ze wsi nieopodal. O tym, jak bardzo w tamtym czasie potrzebowałam gdzieś należeć, zaczęłam myśleć dopiero po tym, jak powiedziałaś, że ty w okresie dorastania starałaś się być zawsze tą osobą z zewnątrz. Niezaprzyjaźnioną z dziewczynkami w klasie od podstawówki, niechodzącą do kościoła, nie przylegającą do popularnych grup czy społeczności. Miałaś swoje lojalne przyjaźnie, sprawy, którym się oddawałaś i pasje, w które wchodziłaś swoimi ścieżkami i na swoich zasadach. Ja miałam tysiące spraw, ogrom znajomych, nieponazywane oczekiwania. Przeszłyśmy przez liceum, zdałyśmy maturę i nasze drogi rozeszły się, co dla nas obu było naturalne – ty, urodzona outsiderka idąca swoją drogą i ja, nieuporządkowana ekstrawertyczka ciągle i ciągle wchodząca w nowe środowiska. I wszystkie nasze koleżanki i koledzy z klasy, każdy w swoją stronę. Ot, życie.
A teraz siedziałyśmy w kawiarni, patrzyłyśmy na obcych ludzi przez okno i rozmawiałyśmy o okresie świątecznym, książkach, potyczkach twojego syna z rozumieniem polszczyzny, o Iwonie, Krzyśku i ich rowerowych wakacjach kanaryjskich, no i o holenderskich botanikach.
Kilka lat temu trafiłam na stronę internetową wydziału botaniki jednego z uniwersytetów w Holandii.
Opublikowano tam wyniki potężnego projektu, którego wynikiem było skatalogowanie przekrojów korzeni roślin. Nie jestem do końca pewna ani celów, ani zakresu badań, ale najważniejsza była dla mnie ta ich część, którą holenderscy botanicy zlecili rysownikom – każdy korzeń opisywanej rośliny został narysowany ołówkiem, zeskanowany i umieszczony na stronie z podpisem z nazwą rośliny. Rysownicy nie oddawali rzeczywistych rozmiarów korzeni, nie stosowali też żadnego przelicznika proporcji. Wszystkie narysowane korzenie były tej samej wielkości. Mogłam godzinami klikać i klikać kolejne strony tego projektu. Przewijałam szare przekroje korzeni pokrzyw, mleczy, fiołków, wrotyczy, wiechlin, koniczyny, taszników, ostrożniów, gwiazdnic, bluszczy. Setki, setki korzeni, ułożone po kilkadziesiąt na jednej stronie, w równych rzędach, jedne obok drugich. Jedne były bardzo płytkie i rozłożyste, inne bulwiaste z krótkimi odnóżkami, jeszcze inne rozległe i głęboko wrastające w głąb ziemi – ale wszystkie były tej samej wielkości i każdy jeden był odosobniony na swoim kwadraciku.
Bardzo żałuję, że zgubiłam ten link.
Botanicy z holenderskiego uniwersytetu i ich koledzy artyści w przejrzysty, ładny sposób pokazali – jak mi się wydaje – nie tylko przekroje korzeni roślin, ale naturę równości społecznej. Takiej, która oczywiście nie istnieje w rzeczywistości. Każdy korzeń, każda osoba – w swoim kształcie, w swoim drążeniu, w swojej rozłożystości jest równa innym, taka sama jak wszystkie inne korzenie i jak wszyscy inni ludzie w tym katalogu. Kiedy wszystkie te rośliny spotykają się na polanie i jedna obok drugiej zapuszczają korzenie – wiesz, co się dzieje. Splątują się z sobą w niemożliwym ścisku. Wyobrażam sobie, że kiedy zbierzesz młodą roślinkę marchwi pospolitej, wyrwiesz z łatwością prawie cały jej korzeń, zostawiając w ziemi tylko kilka strzępków. Ale babka zwyczajna rozwija gęstszą siatkę korzonków, tych zostanie w ziemi o wiele więcej po wyrwaniu.
Zresztą, dobrze wiesz, o co mi chodzi. Rozmawiałyśmy o tym.
Spora część z nas zapuszcza takie czy inne korzenie w sąsiedztwie innych zapuszczających korzenie i nawet, kiedy wyrwiemy się z tej grządki, coś musi zostać, choćby wyrwa. Nie zawsze i nie każda roślina przyjmie się w nowym miejscu – czasami uschnie i dopiero w kolejnym roku odbije z kłącza zupełnie nowe łodygi. Ale ta botaniczna alegoria idzie dalej, bo roślin jest przecież o wiele więcej ponad te, które zaprezentowali holenderscy naukowcy. Są hydrofity, po prostu nieumocowanie pływające po powierzchni wody. Są epifity, a one potrzebują rozwinąć korzenie powietrzne. Adela przez jakiś czas niedostatecznie podlewała swoją monsterę, aż ta wypuściła kilkumetrowe kable korzeniowe w kierunku akwarium. Jest jemioła – przy pomocy ssawek przyrasta do pni i konarów drzew, na których osiadła jako nasionko. Są i tacy ludzie.
Rozmawiałyśmy o tym patrząc przez okno na ludzi przechodzących przez przewężenie między kamienicami, idących na rynek lub z niego wychodzący. Prawie wszyscy mieli czarne ubrania, płaszcze, czapki, spodnie, wszystko czarne lub granatowe. Pokazywałyśmy sobie osoby, które odróżniały się kolorową kurtką, czapką czy szalikiem. Jeden facet, cały ubrany na czarno, miał żółte podeszwy butów.
Możliwe, że ciało samo się ukorzenia, bez naszej decyzji czy woli.
Kiedy jestem nad morzem, lubię stać przez kilka minut nieruchomo na samym brzegu. Fale podmywają piasek i miarowo stopy zapadają się o kilka centymetrów w głąb. I znowu, i znowu. Po kilku minutach stopy mam po kostki zatopione w mokrym piasku i muszę się z niego wydobyć, żeby się nie przewrócić.
Kilka lat temu, w środku wyjątkowo upalnego lata, chodziłam po nieszczególnie głębokiej rzece Prut. To było w Czerniowcach w Ukrainie. Woda była bardzo zimna, prąd dość mocny. Nie chciałam zamoczyć sukienki i rozbić aparatu. Zanim postawiłam każdy kolejny krok, długo badałam stopą kamienie pod wodą: wielkość, śliskość, stabilność, ostrość. Chodziłam w tę i z powrotem po niewielkiej części tej wody, którą obrałam za swój teren spacerowy. Nie przewróciłam się, choć kilka razy było blisko, podarłam tylko trochę sukienkę na biodrze. Stopy strasznie mnie bolały, miałam na nich kilka niewielkich ranek i zadrapań. To był piękny dzień, naprawdę piękny.
Dwa lata temu zakochałam się i choć ta miłość okazała się niespełniona, miała kilka swoich momentów. Jak ten, w którym ten chłopak objął mnie dość ciasno a ja wcisnęłam bardzo mocno twarz w materiał jego t-shirtu na wysokości klatki piersiowej, czoło, nos i usta, i tak trwałam przez chwilę nieruchomo, być może nawet za długo i bardzo, bardzo mocno chciałam wtopić się w niego całą głową, wniknąć do środka jego ciała, schować się za żebrami i wrosnąć i wpleść się tam cała, jak mięta wypuścić wielometrowe kable korzeni, bo w tej krótkiej, nieistotnej chyba dla niego, chwili, miałam poczucie, jakby to mogło być jedyne miejsce, w którym nigdy nic mi się nie stanie.
Kiedy dzieci moich koleżanek chcą pokazać mi coś bardzo ważnego, łapią mnie za rękę, mocno zaciskają palce i ciągną za sobą. Puszczają dopiero wtedy, kiedy już przyprowadzą mnie na miejsce i pokazują palcami, rękami, a często całymi sobą, jakąś niesamowitą zabawkę, fajną książkę, postać w grze albo sadzonkę, którą same wyhodowały.
W różnych okolicznościach korzenie sygnalne, które wypuszczam są inne, ale nie mogą nie być.
Tymczasem siedziałyśmy w jasnej, dość gwarnej i zupełnie bezosobowej kawiarni w Mikołowie chyba już trzecią godzinę,
ale wcale nie wrastałyśmy w niewygodne krzesła obite poliestrowym pluszem. Za oknem wciąż trwała szara i nudna grudniowa szarówka, plucha, zimno, nieprzyjemny mokry wiatr.
Wyliczałyśmy miejsca, w których spędzałyśmy czas, w których działo się coś ekscytującego. Fraktal, najlepsza i najgorsza knajpa jednocześnie. To miejsce w parku, w którym Agata nasikała sobie na piętę. Piętro domu rodziców Iwony, które już nie istnieje, no i oczywiście nowo wtedy wybudowany dom Twoich rodziców, w którym Karolina obrzygała ścianę sokiem porzeczkowym. Nasze liceum i wszystkie jego zakamarki. Półpiętro, na którym kółko religijne codziennie odmawiało Anioł Pański i na którym taki jeden Błażej wziął mnie za rękę i powiedział: „dobrze, że jesteś”, a ja odpowiedziałam: „yyy nie ma sprawy” i tak skończył się nasz nieudolny flirt.
Czy zapuściłyśmy tu korzenie, zastanawiałyśmy się. W tym mieście, w którym każda z nas pojawiła się na trzy lata – akurat te ważne lata, w których stawia się wiele fundamentów w życiu. Ale tylko trzy, z czterdziestu.
I wiem, że to pamiętasz, że zgodziłyśmy się co do tego, że nie.
Nie czujemy tu swoich korzeni. Ani w Mikołowie – gruncie wspólnym dla mocnych, ważnych przyjaźni, które obie pozawierałyśmy w czasach liceum, ani w Tychach czy w Gostyni, naszych rodzinnych miejscowościach. Ja nie czuję się ukorzeniona w Katowicach, a ty w Bretanii, a przecież każda z nas mieszka w swoim miejscu już od dawna i czujemy się w nich dobrze. Żadne z tych miejsc nie jest wrośnięte w nasze tkanki, ale też w żadnym nie jesteśmy obce. Musiałyśmy tu jednak pozostawić jakieś odrostki. Dziwne uczucie.
Co wcale nie znaczy, że nie mamy swoich kafelków na stronie projektu holenderskich botaników. Ja jestem raczej jedną z tych roślin z płytko wrastającymi wiechciami korzeni rozchodzącymi się w różne strony tuż pod powierzchnią. Jestem jaskrem, truskawką, wiechliną łąkową. Ty chyba bardziej jesteś tą rośliną wrastającą głębiej, z korzeniem palowym, zwartym i wrastającym głębiej, z cienkimi i niedługimi korzonkami bocznymi. Jesteś sosną, chrzanem, cykorią podróżnik.
Pomyśl tylko! Ile razy posplatałyśmy się z najróżniejszymi roślinami na tej łące, z najróżniejszymi ludźmi w naszych światach. Więc tak, myślę, że tak – można przesadzić człowieka z korzeniami, wynieść go w całości z liceum im. Karola Miarki, z Mikołowa, z Tychów i z Gostyni, nawet jeśli tego nie czujemy. Można te korzenie wepchnąć z impetem albo powoli i łagodnie podsypywać ziemią w każdym innym miejscu na ziemi. Nic im się nie stanie. Połączenia i tak już powstały, a teraz powstaną nowe.
Ale co ja tam wiem. Ostatnio ususzyłam na wiór kwiatek, którego nazwy oczywiście nie pamiętam. Nic nie dało się już z nim zrobić, musiałam go wyrzucić.
